Start arrow Turystyka arrow Obóz wędrowny - Beskidy 2006
Obóz wędrowny - Beskidy 2006 PDF Drukuj Email
Wpisał: Admin   
22.07.2006.

5 lipca 2006

Bielsko-Biała
Krótka wizyta na
bielskim rynku

O 800 każdy stawił się przy szkole – na miejscu stał już autobus, którego kierowcą był pan Stanisław.

W porównaniu z poprzednim obozem, jechaliśmy krótko – o piątej po południu byliśmy już w Bielsku-Białej. Nasze schronisko mieściło się na III piętrze akademika. Nasze bagaże wtargaliśmy do pokojów o numerach 40X.

Po chwili odpoczynku, oblężeniu pryszniców, zeszliśmy do jadalni na obiadokolację. Tam, oprócz jedzenia, spotkaliśmy przemiłą panią kucharkę. Pó?niej wyszliśmy do miasta. Obejrzeliśmy fontannę, zjedliśmy lody i znów ruszyliśmy do naszego schroniska im. Bolka i Lolka. Wieczorem obejrzeliśmy półfinał mundialowych zmagań: Portugalia-Francja. W finale zagra Francja z Włochami, zobaczymy kto wygra…

Niestety - nasze intensywne, głośne kibicowanie nie zostało pochwalone przez panią Krysię, ponieważ obowiązywała już cisza nocna.

Tak więc obecnie siedzę i po cichu, po kryjomu rozmawiam z laskami z pokoju 404.

PS Wieczorem odwiedził nasz pokój Miniżółwik, czyli ćma w skorupce.

wędrowny -Beskid Śląski 2006

6 lipca 2006

Kozia Góra
Schronisko na
Koziej Górze

Dziś wchodziliśmy na Kozią Górkę. Co to taka Kozia Górka na nas? Małe to wzniesienie, więc nikt nawet nie marudził, po drodze widzieliśmy piękną panoramę Bielska-Białej. Na szczycie każdy się rozleniwił i zajął się czymś interesującym dla niego: śpiewaniem, opalaniem się, graniem w karty czy rozmawianiem o siedleckich mafiach.

Z Koziej Górki „zbiegliśmy” (surowo zabronione!) z powrotem na dół i dalej dotarliśmy do odkrytego basenu. Długo tam posiedzieliśmy. Szaleństwo w wodzie…! Niektórzy jednak woleli się opalać w cieniu, jeść lody czy czytać ambitne „Bravo girl”. Jednak basen to było TO – zmęczeni, „sflaczali” po wędrówce migiem skoczyliśmy do wody. Och…przecudnie! Zastosowano także nową technikę skakania do wody na główkę. Dziewczyny chciały się tego nauczyć. Rezultat był taki, że skakały na tzw. „żabkę” lub „kotka” z dziwnie rozczapierzonymi kończynami, uderzając w niektórych przypadkach twarzą w taflę wody. Oj, było stękanie… „Jej, czy ja nie mam czerwonego policzka?!”.

Kiedy sie wyszaleliśmy, po południu wróciliśmy na posiłek do ośrodka, a potem wyruszyliśmy na wielkie zakupy do hipermarketu. Szaleństwo!!!Wychodziliśmy z zapasami pożywienia na noc: chipsy, cola – podstawa, choć, rzecz jasna, nie u każdego.

Tak więc teraz, w porze wieczornej (0012) ktoś już na pewno śpi, jednak wnioskuję po odgłosach z jakiegoś 40X-coś tam, że ktoś jeszcze stara się pobroić, ktoś inny natomiast niewątpliwie coś wpycha do ust…

Życie obozu u „Bolka i Lolka” – zobaczymy, kto jutro będzie na siłach…

PS Kolejny robaczek nas odwiedził: Paralotniarz, bo ma takie prześmieszne skrzydełka. Ojej! Poleciał…


7 lipca 2006

Na Szyndzielni/td>
Jesteśmy na Szyndzielni
Pamiątkowe zdjęcie
Pamiątkowe zdjęcie
przed schroniskiem
na Szyndzielni
Zejście z Klimczoka
Zejście z Klimczoka

Na śniadanie były jaja. Najedzeni ruszyliśmy podbijać Klimczok. Najpierw na szczyt Szyndzielni dotarliśmy tzw. gondolami. Mogliśmy zobaczyć z kolejki przepiękną panoramę Bielska-Białej, jednak minusem było to, że czuliśmy się tam jak „rozciapciana” parówka wyjęta po 10 minutach z mikrofalówki. Stało się tak, ponieważ słoneczko przygrzewało (czasami aż za mocno), a w wagonikach były jedynie małe otworki na minimalną ilość powietrza. Dramat przeżyli ci, którzy stanęli w miejscu na 5 minut (brak prądu). I cóż mogło roić się w ich biednych główkach?! Ogarnęła ich panika i rzucili się do „superhipermega” otworów na powietrze. W tym samym momencie moja gondola już wjechała na Szyndzielnię, był tylko jeden problem: drzwi się zacięły, a ja poczułam sie jak klaustrofobiczka. Ale komu w drogę, temu czas, naszym celem był dzisiaj także Klimczok, więc i tam dotarliśmy. Kiedy schodziliśmy ze szczytu, urzekły nas przepiękne widoki.

Zmęczyliśmy się wbrew pozorom ciężkim zejściem z Klimczoka (każdy pragnął tylko prostej płaszczyzny). Po drodze odwiedziliśmy Sanktuarium Maryjne prowadzone przez salezjanów. Zmęczeni, wygłodniali przeszliśmy przez cały Szczyrk, by trafić do pizzerii, gdzie zjedliśmy ( pytanie za sto punktów), rzecz jasna, pizzę!

Po posiłku pan Stasiu zawiózł nas do ośrodka – nareszcie prysznic! Kleiliśmy się do podłogi, ścian, do siebie (ehehehe :D). Otrzymaliśmy kronikę schroniska PTSM im. Bolka i Lolka, gdzie ( a jakże) zostawiliśmy swój mały ślad dla potomności.

Owy wpis:

Wśród nas są zatwardziali miłośnicy gór
Stękający na stokach
Dyszący na szczytach
Wśród nas są Ci pierwsi na obozie
Pierwsi w Beskidzie Śląskim
Pierwsi u Bolka i Lolka

Jednak pomimo tych różnic łączy nas to że jesteśmy
TU I TERAZ
Że oddychamy bielsko-białym powietrzem
I czegoś w końcu się uczymy

Czego

Doceniania piękna przyrody
Tolerancji
Wspólnej współpracy
Przyja?ni i wzajemnej pomocy
…wiele innych…

Codziennie ścierają się nasze charaktery, trą się o siebie, by znale?ć swe miejsce. I choć tak bardzo się różnimy, to jednak coś nas łączy!

Wspólne trudy na stokach
Siódme poty wylane w niemiłosiernym lipcowym słońcu
Coś jednak nas łączy

Zachwyt nad cudami natury

Dziękujemy, że przyjęto nas – obozową młodzież, pod swój wspaniały dach. Dziękujemy, ze zastaliśmy tu genialne warunki, wszak całej grupie bardzo się tu podoba. Dziękujemy za wyrozumiałość i przepraszamy, jeśli w czymś zawiniliśmy – taka już młodzież – wiecznie niespokojna.

Obóz wędrowny – Gimnazjum w Siedlcu (Wielkopolska) www.gimnazjum.siedlec.pl ( a co – trzeba się zareklamować)

Chłopcy grali w piłkę. Jedna piłeczka wpadła na dach. Inni śpiewali urocze piosenki (pokój 412) – każdy znalazł coś dla siebie – śmiechy, chichy, kisieli, chipsy i cola. NO I KARTY!

Zjedliśmy kolację, a po kolacji poszliśmy do swych pokoi (przedłużona cisza nocna, wariactwo do 2230) i staraliśmy się zasnąć, jako że nazajutrz mieliśmy mieć wczesną pobudkę.

PS: W 404 zabiliśmy Paralotniarza I, zostałam nazwana żulem materialnym, a w kronice rozpłaszczyłam Szczepana – minizielonego robaczka. Dla potomności! Ole!


8 lipca 2006

Wjazd na Skrzyczne Idziemy na Przełęcz Salmopolską Na Malinowskiej Skale
Wjazd na Skrzyczne Idziemy na Przełęcz
Salmopolską, gdzie
czeka na nas autobus
Na Malinowskiej Skale

Dziś był ekstremalny dzień, choć mniej urozmaicony niż poprzedni. Myśleliśmy, że pójdziemy na basen, jednak sprawa trochę się skomplikowała…

Pan Stachu – tak nazywamy pieszczotliwie naszego kierowcę, zawiózł nas pod kolejną górkę – Skrzyczne. A ponieważ wiek uczestników obozu jest bardzo zróżnicowany, myśląc o tych najmłodszych, najsłabszych , na szczyt wjechaliśmy wyciągiem.

Jadąc na Skrzyczne oglądaliśmy niesamowite widoki, ale nie tylko  Każdy ekscytował się, widząc zjeżdżających z góry rowerzystów, którzy nie bali się ekstremalnych warunków panujących na trasie. Gdy dotarliśmy na szczyt, próbowaliśmy dojrzeć Tatry, co było możliwe, ale akurat nie tego dnia. Niebo było zachmurzone, w oddali rozpętała się burza. Odpoczęliśmy na szczycie, lecz potem schodziliśmy do Szczyrku w szybkim tempie – oby tylko nie „dogoniła” nas ulewa.

Gdy znale?liśmy się już na upragnionej drodze „ani pod górkę, ani z górki”, pragnęliśmy zjeść cokolwiek. Przy naszej restauracji znajdowało się wesołe miasteczko, a tam każdy znalazł coś do siebie. Potem wstąpiliśmy do naszego centrum handlowego, załadowaliśmy się do obozowego pojazdu i ruszyliśmy do ośrodka.


9 lipca 2006

Niedziela. Upragniony dzień zmęczonych. Piąty dzień obozu był dniem względnego odpoczynku. Czekała na nas niespodzianka, bez żadnych zapowiedzi pojechaliśmy do Wadowic – do miasta, gdzie „wszystko się zaczęło”. Byliśmy w domu Jana Pawła II, uczestniczyliśmy we mszy świętej w pobliskim kościele i obowiązkowo zjedliśmy wadowickie kremówki. Było to niesamowite przeżycie, jedynym minusem było to, że słoneczko czasami aż za mocno przypiekało (a wiosną prezenterzy prognozy pogody mówili: „Lata nie będzie…”).

W związku z tym chcieliśmy wykąpać się w jakimś pobliskim jeziorze. Niestety, nigdzie nieb było odpowiedniego kąpieliska. Zobaczyliśmy natomiast piękne Jezioro Żywieckie położone w malowniczym krajobrazie. Niedziela to także dzień przeprowadzki – przenieśliśmy się do schroniska w Żywcu, ale spędzimy tam tylko jedną noc. (Tak więc już nie mieszkam w 404, tylko w 5). Wieczorem pilnie śledziliśmy w sali telewizyjnej finał mundialu. Chyba nie każdy był zachwycony wygraną Włoch, jednak przyznać trzeba, że spotkanie pasjonujące…

PS: W 5 nie zmiażdżyliśmy jeszcze żadnego robaczka. Póki co…


10 lipca 2006

W żywieckim parku
W żywieckim parku
Przygotowania do ogniska
Przygotowania do ogniska
Przy ognisku
Przy ognisku

Wstaliśmy rano (gdyby ktoś nie wiedział). Śniadanie niektórzy zjedli na stojąco z powodu braku krzeseł. Ponieważ, jak to określił pan Stachu, „bycie w Żywcu i "nieobejrzenie" rynku to coś strasznego”, właśnie tam się udaliśmy. Rynek faktycznie był piękny, mieliśmy tam dany czas wolny, lecz najpiękniejszym przeżyciem było zobaczenie kościoła Wniebowzięcia NMP. Wnętrze zachwyciło każdego: cudowne organy, ołtarz, figury, sklepienie…cały wystrój.

Pó?niej pojechaliśmy na obiad (gdzie klimatyzacji nie było, a Gryzzli zemdlał). Następnie wymęczeni wstąpiliśmy na basen w Węgierskiej Górce – było to już przedtem obmyślone, więc trafiliśmy tam bez żadnych komplikacji. Kąpaliśmy się, niektórzy, jak to na basenie, opalali się, czytali gazetę, mogliśmy tam też zobaczyć pokaz małych mistrzów taekwondo, czy minizespół taneczny. Na basenie mieliśmy tyle wolnego, że wypoczęci dojechaliśmy (w autobusie, po wielu perypetiach z klimatyzacją) do naszego nowego ośrodka w Rycerce Górnej Kolonii. Okazało się, że nikt nie ma tu zasięgu (!) z wyjątkiem „pomarańczowych”.

Pomimo to miejscowość ta jest usytuowana w przepięknej okolicy. A za naszym ośrodkiem rozciąga się cudowny widok – polany, stogi siana, chatki, no i oczywiście przecudowne góry porośnięte lasami. Samo schronisko ponadto jest nowiutkie w środku, więc gdy weszliśmy do niego, oczy prawie wyskoczyły nam z orbit. Jednak największym atutem tego schroniska jest to, że znajduje się tu, w przeciwieństwie do innych ośrodków, w których byliśmy, miejsce na ognisko. Tak więc wieczorem uczciliśmy minioną połowę obozu. Każdy pokój miał wymyślić jedną zabawę na ognisko. Z powodu pó?nej pory nie mogliśmy bawić się w kalambury, lecz dobrym pomysłem był „Głuchy telefon” czy obozowe „RMF FM”. Śpiewaliśmy różne piosenki, od „Płonie ognisko w lesie”, „Szła dzieweczka do laseczka” do „Nie płacz Ewka”. Kiełbaskę i chlebek smażyliśmy na przera?liwie krótkich widełkach, a gdy już dokładnie przeniknął nas dym, poszliśmy spać, myśląc o tym, że już minęła połowa obozu.


11 lipca 2006

Odpoczynek Na szczycie Wielkiej Raczy Schronisko na Wielkiej Raczy Wracamy do Rycerki Górnej <Na szlaku
Belka na której
siedzimy nie wytrzymała
naszego ciężaru
Na szczycie
Wielkiej Raczy
Schronisko na
Wielkiej Raczy
Wracamy do
Rycerki Górnej
Szlak prowadził nas
wzdłuż granicy ze Słowacją

Już wcześniej zostaliśmy uprzedzeni, że dziś będzie ciężki dzień. Zjedliśmy śniadanie i z prowiantem w plecaku ruszyliśmy podbijać Wielką Raczę. Naszą grupę prowadził pan przewodnik, który, jak się okazało, znał każdą ścieżkę w tamtejszej okolicy. Wyruszyliśmy piechotą z naszego schroniska – pan Andrzej prowadził i nim doszliśmy do podnóża Wielkiej Raczy, mijając całą Rycerkę Górną, każdy zdążył się zmęczyć. Więc usiedliśmy na płocie zagradzającym jakąś posiadłość. Zabawne było to, że nie przewidzieliśmy, że owe ogrodzenie może nie wytrzymać masy tylu strudzonych turystów. Gdy tylko belka pękła siedzący na niej spadli boleśnie na trawkę.

Ale nie czas roztkliwiać się nad siniakami, czas podbijać Wielką Raczę. Przyznam szczerze, że choć trasa nie była za trudna, to robiliśmy bardzo dużo przystanków. Z założenia mieliśmy robić pętlę, ale przewodnik mówił, że wszystko zależy od naszej kondycji, a z tą, tak mi się wydaje, nie było najlepiej. Pomimo marudzenia dotarliśmy na wzgórze, a tam efekt wędrówki nas zaskoczył. Panorama pobliskich gór z Wielkiej Raczy była zniewalająca, przepiękne widoki, niesamowite niebieskie niebo, wszystko to sprawiało, że gdy już tam chwilę posiedzieliśmy, nie chcieliśmy już nigdzie wracać.

Ale czas nas gonił, po spędzeniu tam przeuroczych chwil, podjęliśmy decyzję, że z powrotem idziemy inną drogą. Naprawdę warto było się zmęczyć, żeby zachwycić się urokiem Beskidów. Do ośrodka wtargnęliśmy wygłodniali, z emocjami, rzuciliśmy się na makaron z sosem pomidorowym.

Wieczorem znów zrobiliśmy ognisko. Było śpiewanie, nawet lepsze niż to z poprzedniego dnia. Wieczór minął nie wiadomo jak szybko na tańcach, śpiewach i zabawie. O północy byliśmy w łóżku, wymyci – rzecz jasna. W powietrzu nadal czuć było aromat ogniska…


12 lipca 2006

Zaolzianka
Przed schroniskiem
"Zaolzianka" w Istebnej

Dziś kolejna przeprowadzka. Opuściliśmy ukochane schronisko i ruszyliśmy wpierw na basen, gdzie (no bo jak inaczej) okrążyliśmy lodziarnię. Po dłuuuugim przebywaniu nad wodą, udaliśmy się do pizzerii, by zjeść coś na obiad. Okazało się, że rozmiary pizzy przeraziły nas, więc większość nie zjadła wszystkiego.

Potem wsiedliśmy do autobusu i ufając „prezydentowi Stasiowi”, dojechaliśmy do naszego kolejnego schroniska -„Zaolzie” w Istebnej. Schronisko to oczarowało nas – jest to wielki budynek, cały drewniany, a wewnątrz jest równie okazały. Stylowy wystrój, same rze?bione drewno, olbrzymia jadalnia ze zdjęciami i grafikami. Cała „Zaolzianka” jest przepełniona tajemniczą atmosferą, jakieś ciemne korytarze, zakątki, schody prowadzące w zaułek, wszystko to było czymś ekscytującym.

Jednak my byliśmy zbyt zmęczeni, chcieliśmy wziąć prysznic. Był tylko mały problem – prysznice czynne od 800 do 1000 oraz od 1800 do 2200. Cudeńko! Druga rzecz, że jest lato, upał, a na strychu ( jest tu naprawdę uroczo) jest okropnie duszno, jedyne małe okienka wpuszczają świeże powietrze. …i już nie robiliśmy niczego ciekawego – kompletny brak sił na cokolwiek.

PS: Mają tu świetne boisko.


13 lipca 2006

Początek wędrówki
Początek wędrówki
na Baranią Górę
Odpoczywaliśmy bardzo często
Odpoczywaliśmy bardzo
często
Na szczycie Baraniej Góry
Spoglądamy z wieży
widokowej na
Baraniej Górze
Schodzimy z Baraniej Góry
Schodzimy
z Baraniej Góry
Do końca szlaku już niedaleko
Do końca szlaku
już niedaleko...
Przystanek przy ?ródlanej wodzie
Jeszcze przystanek
przy ?ródlanej wodzie...
Odpoczynek po długiej wędrówce
I możemy odpocząć
po długiej wędrówce

O 800 wyruszyliśmy. Ten dzień wykończył nas tak, jak żaden inny. Dziewięć godzin w trasie zrobiło swoje. Autobusem podjechaliśmy do Koniakowa, stamtąd wyruszyliśmy aby podbić Baranią Górę. Zwieńczeniem wycieczki w Beskidach musi być zdobycie tego szczytu – spod Baraniej Góry wypływa Biała i Czarna Wisełka, a one dają początek Królowej Polskich Rzek – Wiśle.

Na górę wchodziliśmy niebieskim szlakiem. Był on bardzo urozmaicony – podczas wchodzenia wciąż napotykaliśmy zwalone drzewa (czasem więc urywał się szlak, z racji tego, że ścięto oznakowane drzewo), troszkę marudziliśmy, gdy pan Zbyszek wywiódł nas w „krzojdy”. Jednak po wielu, wielu stawionych przez nas ciężkich krokach, zdobyliśmy to jedno z najbardziej znanych w Polsce wzniesień.

Chlapaliśmy się w Czarnej Wisełce,a na szczycie odpoczywaliśmy, oglądając góry z wieży widokowej. Piszę się to w kilku zdaniach, lecz zejście także trwało długo.

Na obiad poszliśmy do gospodarstwa agroturystycznego, gdzie zjedliśmy buchty (pyzy z jagodami + bita śmietanka. Kelner (Rafał z Katowic) był tak rozgadany, że opowiedział nam o swoim samochodzie terenowym, który miał 9 kół, szerokich na metr, który palił 250 litrów wody na 10 km oraz miał 1000 koni mechanicznych. Widok owego jeepa nieco rozwiał nasze wyobrażenia :P.

Do cna wymęczeni w upalnym słońcu wróciliśmy do naszej „Zaolzianki o 1700. Każdy był tak zmęczony, że wieczorem nawet nie chciało nam się wygłupiać, więc zasnęliśmy szybko. A ponieważ to ostatni dzień w tym przepięknym schronisku, wpisaliśmy się do kroniki:

My
Od metr czterdzieści
Do metr osiemdziesiąt
Z młodzieńczymi myślami
Uśmiechem szczerym spontanicznym
My
Z oczami w których tańczą iskierki radości
My
Niepoważni
My
Zwariowani
My
Nieumyci :D( jakiś głos z tyłu)
~taki mały żart~
Wchodziliśmy dziś na Baranią Górę
Uff…ciężko
Jednak najwspanialszą nagrodą
Było chlapanie się Czarną Wisełką
Wybieranie z niej kamieni
Wymęczeni człapaliśmy smętnie z powrotem
(dziewięć godzin w trasie)
Padały jakże poprawne polonistycznie pytania:
„Ile jeszcze IŚCIA?”
I wówczas na horyzoncie pojawiła się
„Zaolzianka”
Na odległość można było poczuć ten charakterystyczny zapach drewna
Jedna myśl tylko była w naszych głowach:
„Nareszcie…jesteśmy uratowani…;)”

Dziękujemy Wam za to, że „Zaolzianka” przyjęła nas tak ciepło. Poczuliśmy magiczną atmosferę. Szkoda tylko, że byliśmy tak krótko :)

Obóz wędrowny – Gimnazjum w Siedlcu (www.gimnazjum.siedlec.pl)


14 lipca 2006

Dziś był dzień muzealny. Najpierw zobaczyliśmy Chatę Kawuloka. Mieści się ona w Istebnej i jest to coś w stylu skansenu. Ujrzeliśmy tam eksponaty beskidzkiej kultury ludowej: wiele instrumentów góralskich, przedmiotów codziennego użytku, narzędzia pracy. O wszystkim opowiadał nam pewien przeuroczy pan, który nie dość, ze mówił gwarą (a głosik miał cudowny), to jeszcze grał na danych instrumentach.

Z Istebnej pojechaliśmy do Koniakowa, tam obejrzeliśmy słynne koronki. Widok był naprawdę szokujący, wielkie serwety czy różne inne rzeczy wykonane z białych cienkich nici. W domu artystów ludowych oglądaliśmy także wystawę rze?by. Na pamiątkę wpisaliśmy się do kroniki.

Z Koniakowa pojechaliśmy do Wisły – rodzinnego miasta A. Małysza. Miasteczko to jest doprawdy przepiękne i urokliwe. Te okolice żyją głównie z turystyki. Na deptaku mieliśmy wolny czas, a potem zjedliśmy rozgotowane pierogi. To była jedna wielka loteria, ponieważ nikt nie był pewny, jaki o jakim smaku dostanie.

Potem pojechaliśmy do ostatniego już schroniska w Ustroniu, nazywało się ono „Wiecha”. Szef ośrodka nie przyjął nas zbyt miło, na każdym kroku przypominanie regulaminu, nie mogliśmy spać w śpiworach, a warunki w owym miejscu negatywnie nas zaskoczyły. Najśmieszniejsze było jednak to, że za jakiś „peerelowski” koc (który robił za kołdrę) w razie zniszczenia mielibyśmy zapłacić 75 zł. Jednak bardzo fajne było to, ze wszystkie nasze pokoje były połączone tarasem, tak więc wieczorem był grill. Wuja Elvis grał na gitarze, a obóz rozśpiewał się na dobre.

W chacie Kawuloka Radek gra na trąbicie Przygotowujemy grilla
W chacie Kawuloka Próba gry na trąbicie
w wykonaniu Radka
Przygotowujemy grilla

15 lipca 2006

Przedostatni dzień obozu – dziś do zdobycia była ostatnia już górka – Czantoria. Na szczyt wjeżdżaliśmy wyciągiem, im wyżej, tym zimniej. Gdy dotarliśmy na samą górę, zauważyliśmy letni tor saneczkowy i oszaleliśmy na tym punkcie. Niektórzy hamowali, niektórzy nie, lecz w obu przypadkach cudowne były zakręty, gdy miało się wrażenie, że wyleci się zaraz w panoramę Ustronia. Widoki bowiem z Czantorii są niesamowite, choć górka ta nie przekracza 1000 metrów, to czymś cudownym jest krajobraz gór, budynków, aż po sam horyzont.

Czantoria to ciekawe miejsce – po saneczkach spotkaliśmy pana oraz jego przyjaciela węża. Był to pyton. „Proszę pogłaskać – głaskanie nic nie kosztuje, a jeśli chcecie zdjęcia, to 5 złotych”. Gdy się okazało, że jednak nie chcemy zdjęcia z pytonem, pan był już mniej przyjemny… Na szczycie jest również sokolarnia, tam mogliśmy zobaczyć sokoły wędrowne w akcji. Sama prawie dostałam się w szpony tego przepięknego ptaka, gdy niespodziewanie wzbił się nad nasze głowy. Wspaniale się patrzyło, gdy krążył wysoko wokoło, a chwilę potem z zatrważającą szybkością nurkował.

Ale sama Czantoria Wielka przed nami – więc po zobaczeniu wszystkich atrakcji ruszyliśmy dalej, wyżej. Zdobycie szczytu nie było trudne. Wydawać by się mogło, że jest to najpopularniejsza góra w Beskidzie Śląskim, spotkaliśmy tam mnóstwo ludzi.

Dotarliśmy wreszcie na owe wzniesienie i mogliśmy wejść na wieżę widokową. Efekt był niesamowity, trudno opisać, jak piękne są stamtąd widoki. Góry na 360º oraz panorama miasta.

Wjazd na Czantorię Taki sprzęt budził zainteresowanie Pamiątkowe zdjęcie z panem Stasiem I znowu z panem Stasiem
Wjazd na Czantorię
- oczywiście bez
komórki ani rusz!
Na Czantorii: taki
sprzęt wzbudził
zainteresowanie!
Czantoria: pamiątkowe
zdjęcie z panem Stasiem
I znowu z panem Stasiem

To przedostatni dzień obozu, lecz jutrzejszy dzień to przecież już tylko podróż do domu, tak więc dziś musieliśmy zrobić nieodłączną część obozu – chrzest na prawdziwego turystę.

Ekipa, która już otrzymała w poprzednich latach takowy chrzest myślała nad zadaniami, poświęcili się niemiłosiernie, gotując te wszystkie „pyszne rzeczy”, narażając się zdrowotnie, gdy wdychali wszelakie opary wydobywające się z nich. Jednak chrzest był jednak największym przeżyciem dla tych, którzy go mieli. Znalazło się takich aż jedenastu. Oj, chyba nie było im lekko…

Każdy musiał się przebrać za jakąś postać z bajki. Znalazł się tam przeuroczy prosiaczek, król (miotła zamiast berła) duchy, księżniczki, czarownice oraz inne…Najpierw wywołana osoba podchodziła do Wielkiej Rady Obozu (tzn. p. Wąsik oraz p. Zwirn). Ewelina wkładała im do buzi łychę mąki i tak „pufając”, czytali podanie o przyjęcie ich do grona prawdziwych turystów. Ich zadaniem było także zatańczenie solo przed Radą. Gdy to wykonali, musieli uciekać przed pokrzywami, by dotrzeć do plecaka wypchanego kamieniami. Mając go na plecach, przebyli drogę pod górkę i wrócili do stolików, gdzie czekaliśmy na nich z przeróżnymi substancjami w garnkach i nie tylko.

Podchodzili więc kolejno do:

  • Agaty i Natalii, które smarowały ich twarze maseczką, aby ich bu?ki były jeszcze piękniejsze.
  • Ali i Pauliny wlewających im na głowę niebieską ma? i formujących modne fryzury (niektórym wychodziły fajne oślizgłe płetwy).
  • drugiej Agaty (ona to zawsze lubi się znęcać…), która wpychała im smaczny kisiel (ponoć to było najgorsze).
  • Macieja wyczekującego, kiedy podejdą do niego, by wepchnąć im kanapkę z pastą naszej roboty.
  • Pawła, który po tym wszystkim krzyczał: „Popij to!” i wręczał im kubeczek z napojem na bazie mleka („a to Nowaka było najlepsze”).

Gdy każdy to wykonał, stał się już prawnie prawdziwym turystą.

Nudno, ale za chwilę chrzest Prośba o chrzest Dobra kanapka Ochrzczeni razem z chrzczącymi
Trochę mi nudno!
Ale za chwilę chrzest!
Pokażę co potrafię!
Prośba o chrzest:
trochę mąka
przeszkadza!
Dobra ta kanapka! Już ochrzczeni
razem z chrzącymi

Wróciliśmy do naszego ośrodka, umyliśmy się (pierwszeństwo dla ochrzczonych) i wieczorem zjedliśmy kiełbaski z grilla. Przedtem dostaliśmy przysłowia, które mieliśmy przedstawić w grupach. Każdy główkował, co ma oznaczać np. chodzenie w kółko…okazało się, że było to przysłowie: „Potrzeba matką wynalazków”. Jednak nietrudno było nam odgadnąć inne hasła, przy tej zabawie trochę się „rozerwaliśmy”, lecz wydaje mi się że nie dorównywało to zeszłorocznym kalamburom. Rozmawialiśmy ze sobą, pani kierownik podsumowała cały obóz, wuja Elvis nie miał twórczej weny, więc nie pośpiewaliśmy sobie, a zamiar zrobienia „zielonej nocy” wyperswadowała nam pani Krysia, zresztą na jej obozach nie było tej tradycji. Każdy po prostu czuł, że to już koniec obozu, zrobiło się nawet trochę nostalgicznie. Każdy twierdził, że było wspaniale…


16 lipca 2006

WRACAMY!

Ostatnie wspólne śniadanie
Ostatnie wspólne śniadanie:
nie każdy miał zadowoloną minę!

Kronikę prowadziła Alicja Brudło. Foto: Z. Wąsik

Zmieniony ( 27.01.2008. )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »